Być może o tej utalentowanej kalifornijskiej formacji usłyszeć jeszcze nie zdążyliście. Co prawda Warpaint zostało zawiązane jeszcze w 2004 roku ale artyści woleli chwilę odczekać i zadebiutować jako w pełni świadomi i ukształtowani muzycy dopiero w 2008-tym. Nad mixami i masteringiem ich EP-ki Exquisite Corpse czuwał sam gitarzysta Red Hot Chili PeppersJohn Frusciante, a zatem mamy do czynienia z nie byle jakim talentem! 17 stycznia zeszłego roku wrócili z drugim studyjnym albumem – Warpaint. Na reakcję publiczności długo czekać nie było, bo krążek błyskawicznie wskoczył na 9-te miejsce UK Albums Chart a Billboard umieścił go na 7-mej pozycji notowania U.S. Billboard Independent Albums. Zapraszam do lektury szczególnie tych z was, którzy są żądni nowinek, a w muzyce poszukują tego, co unikatowe i niebanalne.

Krążek rozpoczyna ciemne, posępne i gęste od emocji Intro. Trzonem tego drobiazgu jest rozedrgana linia gitary, której stara się dotrzymać kroku perkusja. Naelektryzowanym, molowym i wręcz funeralnym dźwiękom pojedynczej sekcji strunowej odpowiada nagromadzenie zagęszczonych taktów perkusyjnych. Ten zabieg owocuje coraz silniejszym rozlewaniem się utworu wraz z jego rozwojem i potęguję depresyjny, minorowy nastrój.

Keep It Healthy otwiera stonowana, subtelna ścieżka gitary, której wtóruje każdorazowo opóźniona o jeden dźwięk perkusja.  Tło muzyczne czyni wrażenie lirycznego dialogu tych dwóch instrumentów. Nareszcie z tła wynurza się krystaliczny, kołyszący wokal. Dzięki ślizganiu się po blisko spokrewnionych ze sobą dźwiękach i obudowaniu głosu echem, ten wydaje się być melodyjnym zawodzeniem, jakąś wdzięczną piosnką driady. Podczas, gdy linia melodyczna trzyma się stałego motywu, wokal w ciągu zwrotek sięga znacznie wyższych rejestrów, niż te dyktowane przez tło. To właśnie z tego cudownego rozmijania rodzi się muzyczna przestrzeń, którą hipnotyzuje kawałek.

Singlowe Love Is To Die to kolejna ujmująca, molowa kompozycja. Bazę utworu stanowi niemal niezauważalna, stłumiona linia gitary i perkusji, które subtelnie, lecz zdecydowanie nadają dynamikę całości. Z tła wtem pojawia się i wokal. W pierwszych taktach przybiera postać subtelnego nucenia, by rozwinąć się w dalszej części w śpiew. Melancholijna, pełna wdzięku aura kompozycji wyrasta na kanwie nieznacznego przesunięcia na pięciolinii partii wokalnej względem reszty instrumentarium. Ostatnia akcentowana zgłoska każdej z poszczególnych całostek zostaje obniżona o pół tonu, jakby starała się złapać wciąż uciekającą jej melodię. To właśnie dlatego nie możemy się pozbyć wrażenia tej specyficznej, pół-sennej tęsknoty, która rozlewa się nad kompozycją.

Nastrój z pogranicza jawy i sny, tego co rzeczywiste i co widmowe panuje również w Hi. Widmowy, stłumiony i konsekwentnie utrzymywany w tonacji molowej wokal pomimo podbudowania go dynamizującymi syntetyzatorami nie potrafi „wzlecieć”. Dzięki fantastycznym operacjom półtonami mamy wrażenie, że owszem – unosi się, ale gdzieś obok, krąży w przestrzeni, ale wciąż nie potrafi dotrzeć na wyżyny linii wiodącej.

Klimat nieco zmienia się w kawałku Biggy. Filarem budującym kawałek jest ślizgająca się po gamie w tę i z powrotem linia syntetyzatorów. Zupełnie inną ścieżką podąża głos, który uparcie trzyma się molowej, znacznie wolniejszej od tej syntetyzatorowej, melodii. Dzięki temu, ze pojedyncza artykulacja wokalna obejmuje po kilka dźwięków syntetyzatorowych, mamy wrażenie, że głos wręcz rozlewa się nad utworem, jest bezradny w stosunku do tempa weń dominującego. W drugiej części utworu głos nieoczekiwanie dostaje skrzydeł i sięga najwyższych, krystalicznych i czystych rejestrów, stając się wręcz syrenim śpiewem. Ta swoista syrenia aura wynika z nałożenia na siebie wielogłosu i ech zapętlających poszczególne akcenty. Punkt kulminacyjny następuje jednak pod koniec utworu, gdzie wysokich rejestrów sięga nie tylko wokal ale i całe instrumentarium, by ostatecznie rozprysnąć się na tysiące opalizujących, niestabilnych dźwięków. Czarujący!

Pełne wdzięku jest również Teese. Wydaje się, że funkcję rytmizującą przybiera tutaj wiodący w pierwszych taktach, niespieszny i stłumiony wokal. W ślad za nim postępuje reszta instrumentów. Podobnie jak wcześniej również i tutaj głos jest niepewny, chwieje się na pięciolinii, wciąż i wciąż wydaje się opadać o pół tonu. To melodyczne ślizganie się po dźwiękach, odstępowanie od spodziewanej linii wiodącej wytwarza nastrój kruchości i zanikania. I rzeczywiście – w końcowej części utworu natężenie dźwięków coraz bardziej opada, by wreszcie rozmyć się w pustce ciszy.

Zupełna zmiana nastrojowości ma miejsce w Disco//Very. Kawałek zasadza się na silnej i dynamizującej całość pozycji perkusji, która nadaje rytm  sekcji wokalnej i strunowej. Również wokal daleki jest od syreniego nucenia, a bliższy raczej electropopowi. Jest mocny, zdecydowany i pozornie trzyma się stałej linii melodycznej. To oczywiście jedynie pozór, by gdy wsłuchamy się dokładniej w kawałek usłyszymy, że w tym kawałku istnieją tak naprawdę dwie zupełnie ze sobą sprzeczne partie głosu. Pierwsza część jest figlarna, bawi się dźwiękiem a jednocześnie jest pełna sprzeciwu, niepokojąco bzycząca. Tuż obok niej usłyszymy niezidentyfikowane, subtelnie zarysowane zawodzące nucenie, które łamie całą kompozycję, wlewając w nią niepokojący odcień psychodelii. Psychodeliczny smaczek znajdziecie również w kawałku Go In. Choć utwór jest znacznie bardziej stonowany i delikatny, dominuje tutaj melodyka progresywna, nieprzewidywalna i zupełnie hipnotyzująca dźwiękiem. Podobnie rzecz się ma z Feeling Alright.

https://www.youtube.com/watch?v=BKUFPBK0y-o

Kolejna zmiana nastrojowości występuje w CC. Nieprzewidywalna melodyka progresji dalej jest utrzymywana, ale ta tutaj jest „spod ciemnej gwiazdy”. Dzięki temu, że kompozycja obraca się wokół bardzo blisko spokrewnionych ze sobą dźwięków i aż kipi od gęstych półtonów utwór obrasta w bardzo silne wewnętrzne napięcie. Potęguje je dodatkowo gęsty od ech i pogłosów wokal, który tym razem trzyma się zdecydowanej, bliskiej obłędnemu wyznaniu artykulacji.

Drive przynosi z kolei wyciszenie. Utwór opiera się w głównej mierze na dość prostej linii syntetyzatorowej, która została zredukowana do minimum, by uwydatnić wiodącą rolę głosu. Ograniczenie środków wyrazu pozwala nam „podróżować” przez kosmiczną przestrzeń muzyczną wraz z głosem, który wije się po różnych tonacjach, skacze po dźwiękach, a przy tym ani razu się nie potyka. Całość jest harmonijna i przemyślana co do jednej nuty!

Całość zamyka urzekająca kompozycja Son utrzymywana w tonacji molowej. Utwór jest ciężki, wręcz funeralny. Nie ma tutaj ani cienia wahania, ani na chwilę głos nie wypada z linii wiodącej. Głównym budulcem kompozycji jest właśnie linia wokalna, której kroku dotrzymuje ograniczona do minimum ścieżka keyboardu. Gdzieś tam z tła słychać inne instrumenty, ale tak naprawdę głównym filarem jest głos. Tonacja nieznacznie podnosi się w refrenach, ciążąc delikatnie w kierunku duru, ale ten jest natychmiast negowany dzięki operowaniu półtonami, które czynią wrażenie jak gdyby nie mogły dosięgnąć tych pogodnych odcieni. Ostatecznie całość rozpuszcza się w przestrzeni ciszy.

Mimo, że krążek Warpaint to zaledwie drugi studyjny album formacji, słychać tutaj rękę i pomyślunek profesjonalistów. Płyta jest dojrzała, dopracowana z dokładnością co do jednej nuty. Żaden dźwięk nie był niezamierzony, żadna kompozycja nie znalazła się tutaj przypadkowo. Mamy do czynienia z zespołem, który dokładnie wie, co chce dać słuchaczom i, co istotniejsze, wie jak to zrobić, pozostawiając ich kompletnie bezbronnymi i oniemiałymi. Niekwestionowana perełka!

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here