Dział PublicystykaFelietony

Jak on to robi? Czyli o tym, że nawet będąc międzynarodową gwiazdą można zachować swoją prywatność. Felieton Kuby Koziołkiewicza

Parę dni temu znalazłem w sieci zdjęcia Johna Deacona – byłego basisty grupy Queen. Zrobiono mu je, wierząc opisowi, 30 grudnia 2014 roku. Zastanawiacie się pewnie, co w tym fakcie jest takiego zaskakującego? A no to, że ostatnie medialne fotografie muzyka pochodziły z… 1997 roku. Nie wiem jak Wy, ale ja miałem wtedy cztery lata.

Fakt faktem, że ledwo co udało mi się go rozpoznać. W mojej głowie, poprzez brak jakichkolwiek aktualnych odnośników, zachował się jego obraz mniej więcej z przełomu lat 80. i 90., kiedy posiadał nieogarniętą czuprynę lekko kręconych włosów, a na jego twarzy próżno było szukać jakiejkolwiek zmarszczki. I chcąc nie chcąc, właśnie takiego, 40 letniego Deacona, miałem cały czas przed oczyma. Oczywiście wiedziałem, że nie został zatopiony w bursztynie i jego wygląd na przestrzeni dwóch dekad musiał się zmienić, lecz nie spodziewałem się, że aż tak bardzo.

Dzisiaj Deacon to po prostu starszy pan. Może nie taki typowy dziadziuś z laseczką i ubraną kurtką w 30 stopniowym upale, żeby czasem jakieś choróbsko go nie dopadło, ale jednak dziadziuś. Z jego bujnej burzy włosów pozostało mu ich naprawdę niewiele.

Ale nie to jest przecież istotne. W końcu tylko Jared Leto i Krzysiu Ibisz się nie starzeją (ten drugi to nawet młodnieje). Mnie zastanawia, jak Johnowi udało się ukryć swój wizerunek przez prawie 20 lat. I to w dobie smartfonów i wszechobecnego Internetu, gdzie odnalezienie go i opublikowanie jakiejkolwiek foty z nim zajęłoby mniej czasu, niż napisanie przez Eda Sheerana tekstu do utworu I See Fire (30 minut).

Żebyście zrozumieli całą tę sytuację, muszę Wam szybko nakreślić, jak mawiała moja pani od historii, tło historyczne tego tematu. Otóż, po śmierci Freddie’ego Mercury’ego w listopadzie 1991 roku, Deacon przeżył załamanie. Śmierć jego bliskiego przyjaciela była dla niego silnym ciosem. Wydarzenia te sprawiły, że postanowił zrezygnować zupełnie z kariery muzycznej, jak i udzielania się w mediach. Prócz wspomnianego 1997 roku, kiedy wystąpił z Queen w paryskim Bejart Ballet i odegrał wraz z Eltonem Johnem The Show Must Go On, swój cel wypełnia nienagannie do dnia dzisiejszego. Jego postawa sprawiła, że jeden z brytyjskich magazynów umieścił go na liście 10 wielkich gwiazd, o których obecnie nic nie wiemy.

Dlatego, gdyby John Deacon był książką, mówiłbym o nim „biały kruk”. Podejrzewam, że jakikolwiek telewizyjny, czy prasowy wywiad z nim stałby się jednym z najważniejszych muzycznych wydarzeń obecnie trwającego dziesięciolecia. Lecz przeprowadzenie ich jest praktycznie niemożliwe.

W takim razie pozostają nam jedynie trzy zdjęcia, które niewiele mówią nam o obecnym żywocie basisty – wspomniana we wstępie fotografia z grudnia zeszłego roku, zdjęcie z wesela jego syna oraz fotka, na której pozuje ze spotkanymi fanami w jednym z barów. Tyle

A ja nadal nie mogę pojąć, jak mu się to wszystko udało. Jakim cudem potrafi być zupełnie nieuchwytny dla mediów, a w szczególności paparazzich. Przez chwilę myślałem: ok, w sumie był „tylko” basistą, stojącym w czasie koncertów za Freddiem, więc może w XXI wieku nie jest już tak znany? Po chwili zdałem sobie sprawę, że myśląc tak jestem skończonym debilem, klepnąłem się w łeb i zrozumiałem, że John był przecież członkiem Queen – kapeli wybranej przez Brytyjczyków w jednym z głosowań jako najważniejszy brytyjski zespół rockowy w historii, pokonując The Beatles i Led Zeppelin. Dlatego nie ma mowy, że społeczeństwo mogło o nim zapomnieć. Tak więc w czym tkwi jego swoisty fenomen?

W byciu konsekwentnym.

Moje przemyślenie może być przysłowiowym „wróżeniem z fusów”, ale wydaje mi się, że akuratnie fusy te przepowiadają prawdę. Konsekwencja jest kluczem jego działania. Podejrzewam, że przez te kilkanaście lat otrzymał niezliczoną ilość propozycji wywiadów, koncertów, czy innych medialnych wydarzeń, które skierowałyby na niego długopisy i obiektywy kamer dziennikarzy. Wtedy ruszyłaby machina ciężka do zatrzymania. Przypominałoby to delikatne przesunięcie małej kuli śniegowej, która inicjuje powstanie ogromnej lawiny. Dobrze wiemy, że na pojedynczym występie by się to wszystko nie skończyło. Gdyby ewentualnie udzielił wywiadu dla gazety X, gazeta Y chciałaby tego samego. Potem do walki wkroczyłaby telewizja A, B, C i z pielęgnowanej przez lata ciszy wokół siebie nie zostałoby zupełnie nic. Dlatego Deacon świadomie na te wszystkie flirty nie odpowiada. Wie, jakby się to skończyło.

Na wielki szacunek zasługuje otoczenie jego przyjaciół, które zapewne nie raz było kuszone przez media zdaniem anonimowej relacji, co ciekawego dzieje się u Johna. A tego nie zrobili.

Na osobny akapit zasługują Roger Taylor i Brian May, grający obecnie trasę z Adamem Lambertem, w czasie której odwiedzili też Polskę, dając wspaniałe show w Krakowie. Właściwie tylko oni są źródłem jakichkolwiek informacji o swoim byłym koledze (Taylor wypowiada się o nim w, nazwijmy to, dyplomatyczny sposób). Lecz relacje te związane są tylko i wyłącznie z biznesowymi sprawami grupy. Z drugiej strony, ciężko o inne, skoro sam Roger przyznał ponad rok temu w wywiadzie dla Teraz Rocka, że ostatni raz widział się z Johnem w 2009 roku. Inna sprawa, że jakiś czas przed rozpoczęciem obecnej trasy Queen pojawiły się plotki, że John Deacon chciał w niej uczestniczyć, ale nie spodobał mu się wybór wokalisty, dlatego nie wziął w tym projekcie udziału. Jednak nikt nigdy tego oficjalnie nie potwierdził, a cała ta historia wydaje się wyssana z palca.

Wiecie co w tym wszystkim jest najfajniejsze? Przykład Deacona pokazuje nam, że nawet będąc mega gwiazdą, można zachować swoją prywatność tylko dla siebie. Co chwila słyszymy głosy, że jesteśmy na okrągło obserwowani przez kamery na ulicach, w autobusach, a z tego co widziałem ostatnio w telewizji, to nawet w ubikacjach na Dworcu Centralnym. Niby są telefony z rozdzielczością dobrego aparatu, niby globalne komunikowanie pozwala nam na zobaczenie, co aktualnie dzieje się w najodleglejszych zakątkach świata, ale jednak można w tym wszystkim mieć swoją osobistą sferę.

Wystarczy tylko nikogo do niej nie zapraszać.

Show More

Related Articles

3 thoughts on “Jak on to robi? Czyli o tym, że nawet będąc międzynarodową gwiazdą można zachować swoją prywatność. Felieton Kuby Koziołkiewicza”

  1. Niekoniecznie. Czasami ludzie-fani pchają się do sfery prywatnej bez zaproszenia. 😛
    Historię zdjęć Daft Punków też jest podobna. I tutaj istnieje aż JEDNO zdjęcie, w którym są bez kasków :D.
    WYGRAŁAM!

    1. Wiadomo, że się pchają, ale z obserwacji widzę, ze jak ktoś nie zabiega o „adorację” mediów (głównie tabloidów), to jej nie dostaje. Wystarczy raz im dać wejść z butami, a wtedy ciężko się od nich uwolnić.

      1. A Adele, zdobywczyni wszystkich możliwych nagród muzycznych? Pojawia się na imprezach na których MUSI być, a mimo to np. po narodzinach dziecka była otoczona paparazzi. Jesteś w stanie mi to jakoś racjonalnie wytłumaczyć?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close